3.jpg
Masz pytanie? Potrzebujesz porady w sprawie prawka?
Nasz ekspert odpowie na Twoje pytania Poradź się eksperta
Strona główna Aktualności Znowu głośno o zarobkach WORD
egzegz.jpg

17-01-2019

Znowu głośno o zarobkach WORD

Przez media przetacza się właśnie kolejna fala informacji, które nawiązują do raportu Najwyższej Izby Kontroli dotyczącego finansów Wojewódzkich Ośrodków Ruchu Drogowego, a co za tym idzie, także systemu egzaminowania. Jednocześnie, po raz kolejny, mówi się wiele o zmianie przepisów związanych z podległością WORD oraz finansowania tych instytucji.

 

Według pomysłodawców zmiany podległości WORD, czyli wyłączenia ich spod jurysdykcji samorządów i wcielenia "w struktury rządowe" rozwiązanie to ma być lekiem na całe zło. Strona rządowa chce właśnie, by WORD, ich dyrektorzy i egzaminatorzy podlegali nie pod marszałka województwa, a pod wojewodę. Przychody z opłat egzaminacyjnych mają zasilać skarb państwa a nie kasę ośrodka egzaminacyjnego. A pracownicy, w tym egzaminatorzy, mają być wynagradzani bezpośrednio z budżetu państwa.

 

Tego typu rewolucja ma "skończyć z patologią w WORD". Bo przecież powszechny jest pogląd w społeczeństwie oraz - niestety - w całkiem poważnych mediach, które temat ten tylko podsycają, że za złą zdawalnością egzaminów w Polsce stoi tylko i wyłącznie "patologiczny system finansowania ośrodków egzaminacyjnych". Wszak według zwolenników tejże tezy, im więcej egzaminów (w szczególności poprawkowych), tym więcej pieniędzy zarabia WORD. Stąd bardzo blisko do tezy, że najwięcej zarabia egzaminator, który najwięcej "oblewa". I co gorsza, teza ta zaczyna być równiez lansowana już nie tylko przez pszysłowiowego Kowalskiego, który ubóstwia tani populizm, ale właśnie również przez poważne media. Dziś rzadko liczy się wartość merytoryczna, za to często podstawą jest klikalność tematu. Kontrowersje, niekoniecznie prawdziwe w podstawie, są w cenie.

 

Oczywiście: nad systemem finansowania podmiotów odpowiedzialnych za egzaminowanie można dyskutować. Można go także próbować zmieniać. Trudno jednak w obecnej sytuacji, wobec sposobu, w jaki wolę przeprowadzenia rewolucji się argumentuje, nie odnieść wrażenia, że to jedna wielka ściema. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że stanowiska w WORD to polityczne łupy. Szkopuł w tym, że samorządowe. "Przeniesienie" WORD spod skrzydeł marszałków województw pod opiekę wojewodów sprawi rzecz jasna, że do obsadzenia będzie nawet kilkaset intratnych posad. A tłumaczenie planowanych zmian, o których mówi się zresztą od co najmniej dwóch lat  tylko i wyłącznie patologią w funkcjonowaniu WORD jest po prostu śmieszne. Swoją drogą dziwi fakt, że rząd tak niemrawo i jak dotąd nieskutecznie zabiera się za tę kwestię, tym bardziej, że pomysł ten pojawił się niemal cztery lata temu!

 

W Polsce za kiepską zdawalnością nie stoi taki, czy inny sposób funkcjonowania bądź finansowania ośrodków egzaminacyjnych. A jeśli cokolwiek w tej materii jest na rzeczy, to na pewno nie w istotnym stopniu. Za kiepską zdawalnością nie stoi także premiowanie największych "żylet", jak czasem określa się srogich egzaminatorów. O ile w ogóle takie premiowanie istnieje. W końcu za złą zdawalnością w Polsce nie stoi zwykła złośliwość i zła wola owych egzaminatorów.

 

Za takim a nie innym obrazem egzaminowania i jego wyników stoi przede wszystkim wola "bycia świętszym od papieża". Bo zdaje się, że wszyscy już zapomnieli, jak wyglądały w Polsce egzaminy przed laty. I nie chodzi o sytuacje sprzed 30 czy 40 lat, gdzie wystarczyło na egzamin przyjść w grupie ze skrzynką wódki czy naręczem wędzonej sielawy, by wrócić do domu z prawem jazdy. Nierzadko nie widząc nawet pojazdu egzaminacyjnego na oczy, a co dopiero odbywać jazdę egzaminacyjną.

 

Już w bardziej cywilizowanych czasach, śmiało można powiedzieć, że przez większość ostatniego niemalże trzydziestolecia wolnej Polski branża egzaminacyjna była jedną z bardziej skorumpowanych, o czym wiedzieli wszyscy. Całkiem niedawno wystarczyło, że instruktor pomachał do zaznajomionego egzaminatora, a ten już wiedział, że tego zdającego trzeba potraktować w łagodniejszy sposób. Wszyscy zapomnieli, że często egzamin to była pogawędka o bzdetach ze zdającym. Egzaminator całą jazdę potrafił wypytywać o rzeczy kompletnie niezwiązane z sytuacją: o szkołę, o to co w życiu robią rodzice, mąż czy dzieci, o to, gdzie spędzisz wakację. Przykłady można mnożyć. Czy wszyscy już zapomnieli, że egzaminator z drugiego bieguna (w kontekście przytoczonego "egzaminatora-rozpytywacza") potrafił przez cały egzamin wydzierać się na zdającego i rzucać przysłowiowym mięsem, bądź jak kto woli, łaciną, bez ogródek wyzywając kandydata na kierowcę od - dosłownie - debili?

 

Czy wszyscy już zapomnieli, że kiedyś nie było losowego przydziału egzaminatorów do zdającego? Że kiedyś nie ograniczano dostępu do stref egzaminowania na placu manewrowym osobom postronnym, innym zdającym, w końcu instruktorom? Czy nikt już nie pamięta, że kiedyś nie było w pojazdach egzaminacyjnych kamer i mikrofonów? Jak i na salach wykładowych? Ani tego, że instrukcja egzaminowania istniała, ale mało się kto nią przejmował? I że jeden egzaminator za ośmiokrotne unieruchomienie silnika w ruchu drogowym, trzykrotne najechanie na linie ciągłą "przepuszczał" zdającego a inny, przy drugim "zdechnięciu" podczas ruszania natychmiast oblewał?

 

Żeby była jasność: wszystkie wprowadzone zmiany, wymienione wyżej, były słuszne. A przynajmniej większość. Ale warto spojrzeć na to chłodnym okiem i wysnuć refleksję, że to naprawdę - tak ogólnie, w szerszym statystycznie kontekście - to nie egzaminatorzy są winni kiepskiej zdawalności. To kryteria oceny zadań egzaminacyjnych są PODSTAWOWĄ przyczyną takiej, a innej sytuacji w Polsce. To INSTRUKCJA EGZAMINOWANIA stoi za dramatycznymi statystykami. To doprowadzenie do sytuacji, że egzaminator drży każdego dnia o to, czy nie wyleci z pracy za przysłowiową pierdołę, której nie dopilnował z formalnego punktu widzenia. A w najlepszym przypadku czy nie będzie się musiał tłumaczyć przed marszałkiem, SKO, WSA czy na końcu NSA. W dodatku latami.

 

I nie chodzi o to, aby powrócić do "starych czasów". Ale pracę nad poprawą zdawalności w Polsce należy rozpocząć od przyjrzenia się przede wszystkim kryteriom oceny zadań egzaminacyjnych i instrukcji egzaminowania oraz sposobowi oceny umiejętności kandydata na kierowcę.

 

Co istotne: należy się zastanowić ponadto, o ile nie przede wszystkim, czy jednak ogromna część winy nie leży po stronie instruktorów i po prostu ośrodków szkolenia kierowców? Obowiązujące zasady egzaminowania, kryteria, instrukcje są znane środowisku od lat. Przecież instruktorzy nie szkolą w ciemno (a przynajmniej nie powinni) i wiedzą, czego od kandydatów na kierowców się wymaga. Jest jasnym jak słońce, a przynajmniej być powinno, co musi potrafić kandydat na kierowcę i w jakim stopniu powinien być przygotowany, by egzamin zdać. Jednak temat poziomu szkolenia to temat na osobny materiał.

 

Nie można również pominąć, że najbardziej winni kiepskiej zdawalności nie są rządzący. Nie są najbardziej winni egzaminatorzy ani w końcu, z samego dołu, instruktorzy. Tak po prawdzie największą winę za takie, a nie inne statystyki, ponoszą SAMI ZDAJĄCY. I to również temat na oddzielną rozprawkę.

 

A ci, którzy wierzą, że zmiana nadzoru nad WORD, ich dyrektorami i egzaminatorami oraz fakt, że pieniądze z egzaminów będą trafiać do skarbu państwa sprawi, że nagle liczba zdających za pierwszym się podwoi - ot tak - są po prostu naiwni. Może to na swój sposób zabawne, jednak żeby się nie okazało, że zdawalność się pogorszy.

 

LS

 

Powrót do listy aktualności

Komentarze (6)

Gość
~ Rodi
5

Nareszcie ktos obiektywnie i ze znajomoscia rzeczy pisze. Wystarczy poczytać w necie jakie bzdury wypisują tak zwani znawcy tematu. A przecież wszystko odbywa się "zgodnie w wymogami które "ktoś" ściśle określił i najakał realizować. Szkoda słów...... w obrzucanie błotem jesteśmy najlepsi

2019-01-18 11:17
Gość
~ Roman
4

Nareszcie głos rozsądku w sprawie. Tylko skrajnie naiwny dzieciak może sądzić, że jak zmieni się "Pan" WORDów i egzaminatorów to podwyższy się zdawalność. Trzeba być albo ślepym, albo skrajnie głupim żeby twierdzić, że przyporządkowanie WORDów Wojewodom poprawi zdawalność. Te newsy o zmianach a tym samym o poprawieniu zdawalności to jedno, wielkie nadużycie i manipulacja. Zdawalność można podnieść, albo poprzez lepsze szkolenie, albo poprzez zmniejszenie wymogów egzaminacyjnych. To drugie jest niebezpieczne i poprowadzi do jeszcze słabszego wyszkolenia kandydatów na kierowców. Za pierwszym pomysłem jestem na TAK. O co w tych zmianach chodzi? Pewnie jak zwykle o kasę...

2019-01-18 13:16
Gość
~ Sprawiedliwy
5

Jakby nie patrzeć na cały system szkolenia i egzaminowania to nie ma kogo tu obwiniać . Trzeba tu spojrzeć tu na cały system nauczania , czy dzisiaj młodzi uczą się w szkołach logicznie myśleć , czy widać u nich jakieś zainteresowanie poza facebookiem. Przecież im się dzisiaj wszystko należy i po co się wysilać, oni myślą że prawo jazdy im się należy tak jak dowód osobisty, Do nich nie dociera, że prawo jazdy to przywilej i zaszczyt a nie obowiązek posiadania. Kiedyś prawo jazdy robiło się w wieku 17 lat i młodzież wówczas była bardziej rozwinięta niż dzisiejsi 18- latkowie. Tak ze nie wińmy tu instruktorów ani egzaminatorów tylko kursantów za ich podejście , czy każdy musi posiadać prawo jazdy nie tak jak nie każdy musi mieć wyższe wykształcenie.

2019-01-19 17:48
Gość
~ skov
5

w samo sedno

2019-01-19 21:57
Gość
~ nick
5

Ta dziecięca naiwność posła Mosińskiego jest niebywale zabawna ale w roku wyborczym niezwykle mu potrzebna :)

2019-01-20 20:53
Gość
Havranek
5

Naprawdę dobry artykuł. Żeby podnieść jakość szkolenia muszą zmienić się ceny kursów na prawo jazdy, instruktor nauki jazdy musi godnie zarabiać. Na obecną chwilę większość instruktorów pracuje na czarno lub na jakąś marną umowę, bez prawa do płatnego urlopu. Zachęcam instruktorów do zakładania szkoły nauki jazdy i pracowania na własny rachunek, tak jak ja zrobiłem kilka lat temu www.havranek.entro.pl i jestem bardzo zadowolony.

2019-06-23 13:47

Dodaj własny komentarz

Ocena